Autor: 
Redakcja
Data: 
23 grudnia, 2025

PLAC SZCZEPANIAKA – WIDOK Z OKNA

ŚLEDZIK Z BURGUNDEM

Ten świąteczny felieton miał być zwykłym „kopiuj/wklej” z całego roku, tradycyjnym podsumowaniem. Niestety, wojenka między Prezesem, a „najwierniejszymi” z Trybuny Kamiennej sprawiła, iż trzeba się zająć czymś zupełnie innym: przyszłością naszej Polonii…

Przyznam, że bardzo sobie cenię obie strony tego sporu. Prezesa, no bo wiadomo: ładuje w Klub własną kasę, wyciągnął nas z piłkarskich kartoflisk, buduje ekipę z szansami na powrót na futbolowe salony. 

„Najwierniejszych” – też wiadomo: oprawy, doping, liczby na wyjazdach (naprawdę czuję dumę, gdy widzę Waszą grupę na każdym stadionie – myśl, że „jeszcze Polonia nie zginęła” pojawia się wtedy niejako samoczynnie).

Okej, wszystkich zatem cenię, tylko co teraz? Wiem wszak, iż obie strony sporu marzą o tym samym: o Wielkiej Polonii. Prezesa Nitota cenię chyba najbardziej za to, że pokazał, iż „ma jaja” – w kluczowym momencie nie ugiął się wszak przed realnymi pogróżkami z „zielonej” strony miasta, generalnie uważam, że to nie jest łatwe – mieszkać w Warszawie i być właścicielem Polonii. Szacun! Mniej więcej za to samo cenię też kibiców – dokładnie ta sama sytuacja i ta sama kwestia przysłowiowych „jaj”. 

No więc o co w tym wszystkim chodzi? Kwestię „kto jest ważniejszy” celowo tu pomijam, bo tego typu rozważania są zwyczajnie bezproduktywne. Warto jednakowoż zastanowić się nad tym, która ze stron jest w stanie doprowadzić nas do (odległego, nie przeczę…) celu, jakim jest wspomniana Wielka Polonia. 

Jak właściwie powstają „wielkie kluby”? Co jest tu bardziej potrzebne: zaangażowanie „nielicznych, fanatycznych”, czy też może jednak te obrzydliwe pieniądze i „know how”? No i cóż: nie da się ukryć, że jednak kasa, hajs, szmal…

Ot, nasza sytuacja sprzed dekad: wszak to Polonia dominowała kibicowsko w Warszawie przez pierwsze pół wieku. I nie ma co pisać o frekwencji na przedwojennych meczach Polonii, Legii i Warszawianki, bo to inne czasy były – ci sami ludzie wypełniali te same stadiony – jak Czarne Koszule grały akurat na wyjeździe, to kibic szedł na mecz Warszawianki albo Legii – i też kibicował. Skąd wiadomo zatem, który klub był bardziej „ukochany”, a który mniej? Wyznacznikiem były oczywiście mecze derbowe.

Na przykład derby w roku 1930, przy Ł3. Wynik hokejowy (8:4 dla Legii), za to na trybunach, zdaniem dziennikarza Przeglądu Sportowego (numer z 8 października, można znaleźć w archiwum Biblioteki Jagiellońskiej) „widownia wyraźnie forytowała Polonię”. Mecz oglądało osiem tysięcy widzów. I teraz uwaga: Pazurek już w pierwszej minucie strzela gola dla Polonii. I co się w tym momencie dzieje na stadionie Legii? Otóż cytuję: „z ośmiu tysięcy gardeł wydziera się potężny, niemilknący długo ryk”. 

Rozumiemy się? Osiem tysięcy luda. Na Legii. Gol dla KSP. Stadion krzyczy z radości…

Swoją drogą ś.p. Jerzy Piekarzewski opowiadał mi, że jeszcze w latach 50. I na początku 60. klimat w Warszawie był podobny – mimo bujania się Polonii po opłotkach futbolu. No i co też się stało, że się to popieprzyło? Ano, kwestia kasy… Przecież nie było tak, że jakichś „trzystu nielicznych, fanatycznych” z Legii zmieniło kibicowskie proporcje w Warszawie. Po prostu Polonia latami była żywiona „kroplówkowo” (budżet na poziomie Znicza Pruszków), a Legia – wiadomo – hajs… A jak hajs, to i gwiazdy typu Deyna, Gadocha… a jak gwiazdy, to i jupitery, Puchary, Europa… I poszło… 

Po zdobyciu mistrzostwa w 2000 ktoś zapytał Maćka Szczęsnego, jak to się stało, że wychował się na Muranowie, ale kibicował Legii? Odpowiedział: „bo Legia działała na wyobraźnię, a Polonia nie”. No bo trudno „działać na wyobraźnię”, gdy się kopie w trzeciej lidze, a tuż obok… etc.

Dobra, weźmy teraz na tapet miasto Łódź. Tam istniał sobie taki osiedlowy klubik, a la RKS Marymont, tyle że nazywał się RTS. Widzew Łódź. Kibiców tam nie było, cała Łódź to był ŁKS. Klubik dysponował stadionikiem z małą, drewnianą trybunką i wałem ziemnym dookoła. Kopacze kopali się po głowach w niższych ligach, aż w roku bodaj 1969 pojawił się działacz Sobolewski (warszawiak zresztą!), który sam akurat kasy nie miał, ale za to silną wątrobę posiadał (i wiedział, z którym lokalnym kacykiem trzeba się napić, tak wtedy wyglądał „know-how” na poziomie organizacyjnym), znalazł też trenera, który miał z kolei „know-how” futbolowy (Jezierskiego), żeby owej zdobycznej kasy nie przepalić bez sensu… 

Po sześciu sześciu latach mądrego inwestowania klubik awansował z czwartej ligi do pierwszej – i stał się Wielkim Klubem – w ciągu niecałej dekady zdobył dwa mistrzostwa, a co więcej: zaszalał w Europie. Zdołał pyknąć oba Manchestery, Juventus, Liverpool – i jeszcze Borussię M. na deser… Cała Polska gapiła się z szeroko otwartymi oczami i każdy dzieciak (niezaangażowany w jakiś lokalny klub) był wtedy kibicem Widzewa. I gdzie dzisiaj jest Widzew kibicowsko? Stadion na 18 tysięcy jest dla nich za mały, fankluby „w każdej wsi” – a przecież to były raptem cztery tytuły mistrzowskie a potem poniewierka po niższych ligach… A jednak: tamto „działanie na wyobraźnię” sprawiło, że ów „kibicowski cud” trwa… 

W Warszawie ta zmiana działa się dekadami, w Łodzi poszło błyskawicznie. Co będzie z nami?

Cóż, jeżeli istnieje jakakolwiek droga do Wielkiej Polonii, do „rekonkwisty”, czyli choćby częściowego „odzyskania terenu” w mieście, to właśnie taka – „przez kasę i sukcesy” – najlepiej na skalę Europy... innej drogi po prostu nie ma – my nie jesteśmy Zawiszą, który może sobie choćby i co parę lat zaczynać od klasy B, bo i tak nigdy nie zginie (w Bydgoszczy nie mają wszak konkurencji). My bez pieniędzy, „know-how” i nowego stadionu możemy się już nie podnieść… Jesteśmy trochę jak w „oblężonym grodzie” – nam zwyczajnie nie wolno ze sobą walczyć, bo wrogowie czają się pod murami. Innym wolno – nam nie! 

Dlatego jedyne życzenie, jakie mam przed tymi Świętami, to jakiś wigilijny „śledzik z czerwonym burgundem” dla zaangażowanych w ten bezsensowny spór. Że czerwone wino nie pasuje do śledzia? No właśnie, przecież tu nic nie pasuje. A pasować powinno! 

Może albowiem nie jest jeszcze za późno, aby Prezes odpuścił sobie nieco w temacie tej rajskiej wizji futbolowej Warszawy, gdzie na zielonych polach elizejskich (tych mitycznych, nie paryskich) fanatycy Legii wylegują się leniwie przy niebiańskim piwku z ultrasami Polonii pod tęczowymi sztandarami tolerancji, a z głośników leci „Imagine” Lennona? Bo to jest niewątpliwie piękny obraz, ale tak odklejony od planety Ziemia, że chyba tylko Edyta Górniak lata w kosmos jeszcze dalej… Ponadto… Prezesie, co by nie mówić o Twych zasługach, to jednak nie kupiłeś korporacji, jeno „żywy organizm”, tutaj nie wszystko da się ustalić odgórnie…

Ale też może „nieliczni fanatyczni” również odpuszczą Prezesowi w niektórych, tych nieco bardziej hardkorowych, tematach? Przecież owa „magiczna mieszanka” (kasa, plus „know-how”, plus awans, plus Europejskie Puchary, plus nowoczesny stadion) jest jedyną nadzieją na to, że zwyczajnie staniecie się „liczni” – na wypełnionej „Nowej Kamiennej”, na nowej K6… Nie lepiej być dużą armią, niż małą?

Cóż, chyba zanadto się rozmarzyłem, ale czy my w ogóle mamy inne wyjście? Dogadać się tam, gdzie można, podpisać „protokoły rozbieżności” tam, gdzie się dogadać nie da – i wiosłować w jedną stronę! Powtarzam: wszystkim nam zależy na tym, żeby Polonia znowu była Wielka! 

Mimo wszystko pozostaję z nadzieją: Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku!

Doman Nowakowski

Udostępnij artykuł:
chevron-down linkedin facebook pinterest youtube rss twitter instagram facebook-blank rss-blank linkedin-blank pinterest youtube twitter instagram