Autor: 
Redakcja
Data: 
11 kwietnia, 2023

Klaudia Sosnowska: Najważniejszy jest zespół

Klaudio, spotykamy się po zakończeniu ligi 5x5, ale mimo to masz bardzo intensywny grafik. Koniec rozgrywek nie oznacza dla Ciebie wakacji.

Jest czas na odpoczynek, co ma duże znaczenie pod względem fizycznym, jak i psychicznym. Ale okres pomiędzy sezonami to również czas, kiedy można się skupić na poprawie swoich indywidualnych umiejętności. Zarówno tych motorycznych, jak i stricte koszykarskich.

Można powiedzieć, że ogólnie ostatnie dwa lata były szczególnie intensywne. W 2021 r. awansowałaś z Polonią do koszykarskiej ekstraklasy, zajęłaś pierwsze miejsce w światowym rankingu 3x3, zadebiutowałaś w kadrze Polski 5x5. Rok temu z koleżankami zdobyłaś medal w mistrzostwach Europy 3x3. W ostatnich tygodniach zwyciężyłaś z Polonią w Lotto Lidze 3x3 i zdobyłaś tytuł najpopularniejszego sportowca Warszawy – za co wielkie gratulacje! Czy okres 2021-2023 jest najbardziej intensywny w całej Twojej karierze?

Myślę, że można to rozciągnąć do roku 2019, gry zaczęłam grać w koszykówkę 3x3. Wtedy zaczął się bardzo intensywny okres, od tamtego momentu wakacje spędzałam na zgrupowaniach kadry, po których zaczynał się sezon w 5x5. Więc nie powiedziałabym, że to są tylko 2 ostatnie sezony, raczej ostatnie 4 lata. Barwne w elementy: przede wszystkim awans do ekstraklasy, medal na mistrzostwach Europy, jakieś tam pojedyncze wygrane. Przy czym dla mnie, jako sportowca, najważniejsze są sukcesy zespołu.

Ale co z indywidualnymi? To niewątpliwie dla Ciebie wyróżnienie, że zostałaś niedawno najpopularniejszym sportowcem Warszawy. Jak ważne jest to dla Ciebie?

Jest mi miło, że zdobyłam taką nagrodę, natomiast zdobyłam ją tylko i wyłącznie dlatego, że pojechałyśmy z zespołem na mistrzostwa Europy w 3x3 i z razem zdobyłyśmy brąz. I to właśnie medale są celem, do którego dążę. Takie poboczne rzeczy, jak indywidualne wyróżnienia, są miłe, ale tak jak wspomniałam bez zespołu niemożliwe do osiągnięcia.

Dla Ciebie tym celem są igrzyska olimpijskie w 2024 r.?

Dla mnie najważniejsze jest wygrywa-nie każdego kolejnego meczu. Jeśli zdrowie, umiejętności pozwolą, to 2024 będzie dla mnie kluczowym momentem.

Odbierając nagrodę, wspomniałaś, że to dla Ciebie powrót do przeszłości, ponieważ Twoja przygoda koszykarska zaczęła się w nieodległym Parku Szczęśliwickim. A cofnijmy się jeszcze wcześniej, do samego początku – znalazłem informację, że urodziłaś się poza granicami Polski?

Tak, urodziłam się w Niemczech, we Frankfurcie nad Menem. Mieszkaliśmy tam pierwsze 7 czy 8 lat mojego życia. Mam jakieś przebłyski z tamtego czasu, zdążyłam pójść do pierwszej klasy szkoły podstawowej.

Aktualnie języka niemieckiego na co dzień nie używam. Natomiast mam nadzieję, że to jest jak jazda na rowerze – jak się raz nauczy, to tego się nie zapomni.

W Niemczech koszykówkę uprawiała moja starsza siostra. Gdy wróciliśmy do Polski i osiedliliśmy się w Warszawie, grała rekreacyjnie we wspomnianym Parku Szczęśliwickim. Właśnie na boisko w parku jej towarzyszyłam i tam zaczęła się moja pasja do koszykówki.

Niedługo później wybrałaś gimnazjum i klub sportowy.

Miałam do wyboru pójście do gimnazjum sportowego przy ul. Konwiktorskiej do klasy o profilu koszykarskim w Zespole Szkół im. Władysława Andersa albo do innej szkoły. Rodzice zastrzegli, że w wypadku pójścia do Andersa, musiałabym mieć określoną wysoką średnią, co mnie skłoniło jednak do drugiego wyboru. Ale ponieważ wtedy zaczęłam mocno się interesować koszykówką, rodzice szukali miejsca, gdzie mogłabym pójść na treningi. Dzięki temu trafiłam do UKS Pułaski Warszawa.

Moim pierwszym trenerem był Remigiusz Koć. To chyba najbardziej charyzmatyczny trener, z którym miałam styczność. Myślę, że jest to też związane z tym, że trener Koć jest wspaniałym człowiekiem, pedagogiem i do tego wybitnym szkoleniowcem.

Do liceum trafiłam do Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Łomiankach, w którym trenerem był również trener Koć.

W koszykarskiej ekstraklasie zadebiutowałaś w wieku bodajże 16 lat. Grę w ekstraklasowym SMSie Łomianki łączyłaś z występami w pierwszoligowym Liderze Pruszków.

Prawdę mówiąc, nie pamiętam swoich momentów gry w ekstraklasie w Łomiankach. Do Pruszkowa trafiłam, ponieważ po zawodach makroregionalnych w rozgrywkach młodzieżowych, trener Grzelak, którego też bardzo dobrze wspominam, zaproponował mi grę w Liderze Pruszków

Łączenie gry w Pruszkowie i w Łomiankach musiało być dużym wyzwaniem logistycznym.

Jeździłyśmy razem z Olivią Tomałowicz. Trzeba by było spytać naszych rodziców, jak to ogarnęli, ale dziękujemy im bardzo, że się udało.

W 2008 r., czyli jeszcze przed maturą, na 3 lata wyjechałaś do Gdyni, do Lotosu, który występował w Eurolidze…

Byłam już po maturze. Gra w Lotosie była spełnieniem moich nastoletnich marzeń. W Gdyni grały wyśmienite zawodniczki polskie oraz z zagranicy. Była to grupa wspaniałych koszykarek, ale też osób. Naszym trenerem był Jacek Winnicki, który dodatkowo bardzo dbał o wyszkolenie indywidualne młodych zawodniczek, budował w nas poczucie, że jesteśmy istotnymi ogniwami zespołu.

Te dwa lata, wspominam bardzo dobrze. Miałyśmy super zespół, świetną atmosferę. Gdynia jest też wspaniałym miastem, mam bardzo dużo dobrych wspomnień i przyjaciół z tego okresu.

Potem rozpoczęła się Twoja wędrówka w latach 2011-19 po różnych klubach. Począwszy od Cegledi EKK na Węgrzech, przez Wilki Morskie Szczecin, Basket Konin, Widzew, ŁKS, Ostrovię Ostrów Wielkopolski, Energę Toruń, Ślęzę Wrocław i Lidera Pruszków.

Po rocznym pobycie na Węgrzech trafiłam na 2 lata do Szczecina, w pierwszym sezonie awansowałyśmy do ekstraklasy. Miałyśmy tak zbudowany zespół, że czułyśmy presję awansu i się udało. Pierwszy sezon w ekstraklasie Wilków również uważam za udany. Żałuję, że po dwóch latach klub przestał istnieć, dobrze wspominam ten okres, trenera, zawodniczki, miasto.

Potem rozpoczęła się tułaczka. W moim życiu koszykarskim było dużo dobrych momentów, choć niestety przykry też fakt, że przez jakiś czas co roku zmieniałam klub.

Jak te częste zmiany miejsca mieszkania wpływały na Ciebie prywatnie? Na Twoje życie osobiste, rodzinne przyjaźnie?

Mam to szczęście, że zachowałam przyjaźnie i znajomości pomimo ciągłych przeprowadzek. Czasem możemy nie widzieć się dłuższy czas, a pomimo tego relacja wciąż jest trwała.

Gdzie, spośród odwiedzonych przez Ciebie miejsc, było największe zainteresowanie, najlepsza atmosfera na hali?


Myślę, że Polonia nie ma sobie równych, często to powtarzam. Czułyśmy wsparcie kibiców także w trakcie pandemii, gdy trybuny były zamknięte i kibice pomimo wszystko przychodzili i oglądali mecze przez okno. Też czasy Gdyni, zwłaszcza początki, kiedy był jeszcze etap wielkiego Lotosu, kibice głośno kibicowali i czuliśmy ich wsparcie.

Po medalowym sezonie 2017/18 wróciłaś w rodzinne strony – do Pruszkowa. W sezonie 2018/19 byłyście bardzo blisko wywalczenia awansu. I od tamtej pory Polonia. Co sprawiło, że w 2019 r. trafiłaś na Konwiktorską 6?

Największą rolę odegrał trener Koć, który wówczas był asystentem w Polonii. A także trenerka Karolina Szlachta. Była ona wtedy moją trenerką w kadrze 3x3. I również szybko się dogadałam z klubem.

W 2019 r., gdy zaczęłaś trenować koszykówkę 3x3. Często wspominasz o tym, że to był dla ciebie punkt zwrotny, dzięki tej grze odzyskałaś radość i zakochałaś się w koszykówce. Czy to oznacza, że miałaś jakiś moment zwątpienia?

Po sezonie spędzonym we Wrocławiu poczułam potrzebę zmian w moim życiu. Zdecydowałam się na powrót do Warszawy. Uznałem, że to dobry moment by poszukać innej opcji pracy.

W międzyczasie skontaktował się ze mną trener Jacek Rybczyński, który lata temu był moim trenerem w Liderze Pruszków. Spytał, czy nie byłabym zainteresowana grą w Pruszkowie. Powrót okazał się dobrym pomysłem, tamten sezon był dobry, zajęłyśmy drugie miejsce w rozgrywkach.

Ale w tamtym momencie mojego życia koszykówka była tylko dodatkiem. Idąc na rekrutację do pracy mówiłam, że powoli zbliżam się ku zakończeniu tej przygody. Choć kiedyś była to duża część mojego życia, a także moją codzienną pracą, to teraz gram tylko dla frajdy. Po sezonie spędzonym w Pruszkowie odezwała się do mnie trenerka Szlachta w sprawie gry w reprezentacji 3x3 i wszystko się zmieniło. To tylko pokazuje, że nie ma co w życiu planować…

Jak w tym powiedzeniu: „Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz mu o twoich planach na przyszłość”.

U mnie to zadziałało w pozytywnym sensie. Myślałam, że to koniec mojej przygody koszykarskiej, a tak naprawdę narodziło się to na nowo.

Stąd na początku mówiłaś o 4 latach i te wydarzenia z 2019 r. są dla Ciebie taką ważną cezurą w sportowym życiu.

Uwielbiam koszykówkę 5x5. To nie jest tak, że skupiam się na 3x3 kosztem 5x5. Ale z pierwszym meczem w 3x3 zmieniło się u mnie dużo.

Jak to się stało, że zetknęłaś się z tą odmianą koszykówki, która dopiero debiutowała? I co sprawiło, że to ona dała Ci takiego kopa?

Nie oszukujmy się, zawsze reprezentowanie kraju jest powodem wielkiej dumy. Nawet jeśli nie była to wówczas bardzo znana dyscyplina. Natomiast moment, w którym mogłam być w kadrze narodowej, był ogromnym wyróżnieniem.

Śmieszne jest to, że pierwszą styczność z 3x3 miałam jakoś w okolicach 2014 r. Pojechałam wtedy na parę obozów, nawet kwalifikacje na mistrzostwa Europy, ale mi się to nie podobało i sądziłam, że nigdy więcej w to nie zagram. 

W 2019 r. przecięły się nasze drogi z trenerką Karoliną Szlachtą. I zdaje się, że przeprowadzona luźna rozmowa, przerodziła się w powołanie.

Jak się zaczęła wasza przyjaźń z Martą Mistygacz? Czy dotyczy ona aktywności związanych z koszykówką, czy także czasu niezwiązanego ze sportem?

Z Martą poznałyśmy się już w czasie gry w ŁKS-ie Łódź, szybko złapałyśmy wspólny język i w sumie od tamtej pory się przyjaźnimy. Nie oszukujmy się – koszykówka to nie jest całe życie, są rzeczy o wiele istotniejsze, natomiast to właśnie dzięki temu sportowi poznałam wiele wspaniałych ludzi w swoim życiu i Marta jest jedną z nich.

W Polonii grasz z numerem 13. Wiąże się z tym jakaś szczególna historia?

W przeszłości nosiłam różne numery, nie przywiązuję do tego żadnej wagi. Nie pamiętam, skąd się wzięło „13”, ale teraz lubię grać z tym numerem. Nie ma to jednak żadnego podtekstu.

W Polonii Twój pierwszy sezon przerwała pandemia. Rok później awansowałaś do ekstraklasy. Jak wspominasz ten awans, a także debiut w kadrze 5x5?

Awans do ekstraklasy oznaczał, że znowu muszę wrócić do trybu w pełni zaangażowanego, profesjonalnego sportowca. Bardzo się cieszę, że Polonia mi dała tę możliwość i mogę łączyć pracę zawodową z graniem. To jest dla mnie bardzo istotne.

Cieszę się, że w pierwszym sezonie w ekstraklasie pokazaliśmy się wiele razy jako zespół z dobrej strony i że też miałam przebłyski dobrej gry.

A z ostatniego, niedawno zakończonego sezonu, jakiś mecz szczególnie utkwił Ci w pamięci?

Zapamiętałam mecze z Polkowicami, po których jest duży niesmak, złość sportowa i smutek.

Nie mecze w Chomutovie i Rydze, gdzie świetnie się zaprezentowałyście w ramach ligi EWBL?

Po wygraniu wszystkich siedmiu meczów sezonu zasadniczego nie udało nam się wywalczyć o złota. Choć oczywiście cieszymy się z brązu.

Przejdźmy do przyszłości. W kobiecej koszykówce w przyszłym sezonie czeka nas dużo zmian w przepisach: m.in. wymóg dwóch Polek na parkiecie (w tym jednej w kategorii U23), ograniczenie do 4 liczby zagranicznych zawodniczek. Co sądzisz o tych zmianach? To spora rewolucja.

Mam nadzieję, że to zaprocentuje w przyszłości i pozwoli na polepszenie naszych rodzimych zawodniczek.

Teraz czeka Cię intensywny okres z uwagi na kadrę 3x3, która wystąpi w mistrzostwach świata i eliminacjach mistrzostw Europy?

W szerokiej kadrze jest nas 20 zawodniczek powołanych. Mam nadzieję, że znajdę się w podstawowej czwórce, która wystąpi na tych imprezach.

Następnie odbędą się igrzyska olimpijskie. Czy mogłabyś pokrótce opowiedzieć, jak wyglądają kwalifikacje na turniej olimpijski w koszykówce 3x3?

Przez cały czas reprezentacje zbierają punkty rankingowe na podstawie swoich występów. Od tego, ile dana federacja będzie miała tych punktów, zależy, czy zakwalifikuje się bezpośrednio, a jeśli nie, to czy uzyska prawo gry w turnieju kwalifikacyjnym. Pod kątem igrzysk decydujący będzie stan na 1 listopada tego roku.

Igrzyska w Paryżu w 2024 r. to Twój cel numer jeden? Wspominałaś, że bardzo chciałabyś na nich zagrać.

Bardzo mi na tym zależy. Natomiast krok po kroku, na razie skupiam się na celu tu i teraz – by w tym roku dostać się do podstawowej czwórki i w to lato jeździć z kadrą.


W przekroju swojej całej kariery koszykarskiej jaki mecz wspominasz najlepiej? Masz jakiś taki moment, do którego wracasz, np. aby się zmotywować?

Uważam to raczej za przygodę życia niż karierę ;-). Z najświeższych – i to był chyba największy sukces w dotychczasowej mojej przygodzie koszykarskiej – to medal na mistrzostwach Europy 3x3. To też pierwszy medal w historii polskiego kobiecego basketu w tym wydaniu. Często wracam do tych mistrzostw Europy. Nie pamiętam takiego szczęścia i euforii, jakiego wtedy doznałam.

Oby najlepsze było w kolejnych miesiącach, trzymamy kciuki! A jaka jest Klaudia Sosnowska prywatnie? Wspominałaś o pracy. Jak łączysz pracę zawodową z grą w koszykówkę?

Pracować zaczęłam w 2018 roku, to moje pierwsze zawodowe zajęcie poza koszykówką. Wcześniej przez pewien czas łączyłam jedynie grę w koszykówkę ze studiami.

Co do pracy – na początku było ciężko, nie byłam gotowa na 8 godzin spędzonych w biurze przed komputerem. Ale pracuję w tej samej firmie cały czas, mam wspaniałych ludzi, którzy mnie wspierają, udaje mi się godzić to z koszykówką – jest świetnie!

Jak w takim razie wygląda grafik typowego dnia Klaudii Sosnowskiej w trakcie sezonu?

Pracuję 8 godzin, po pracy jadę prosto na trening, do domu wracam około 21. W ciągu tygodnia w związku z tym raczej nie mam czasu za bardzo na życie towarzyskie. Natomiast gdy gramy w soboty, wtedy niedziele wykorzystuje towarzysko, na spotkania z rodziną czy przyjaciółmi.

Gdzie się widzisz za 5 lat? Życiowo, rodzinnie, sportowo?

Przede wszystkim chciałabym być szczęśliwa i zdrowa. Moje życie pokazuje, że człowiek może mieć swoje plany, a życie je modyfikuje. Zachowuję w głowie jakieś rzeczy, których nie chciałabym jednak uzewnętrzniać.

Ja jestem ogromną szczęściarą. Rzadko mówię wiele słów na swój temat, może dlatego te dobre rzeczy się wydarzają. Naprawdę lubię to co robię.

Rozmawiał Kamil Czarzasty

Udostępnij artykuł:
chevron-down linkedin facebook pinterest youtube rss twitter instagram facebook-blank rss-blank linkedin-blank pinterest youtube twitter instagram